
Dzieci Kambodży
Trochę długo przymierzałam się do opublikowania i w ogóle przejrzenia zdjęć dzieci z Kambodży, a to głownie z tej przyczyny, że nie kojarzyły mi się z tym najradośniejszym etapem w podróży.
Gdy oglądasz takie zdjęcia w gazecie czy w internecie, myślisz sobie, egzotyka, inny daleki kraj, jakaś dzika społeczność, w zasadzie tak tobie obca, że aż nie prawdziwa.
Oglądasz zdjęcia i na chwilę podziwiasz kunszt fotografa, może trochę zazdrościsz, że może nigdy nie zobaczysz „takich ludzi” takich miejsc na własne oczy, a potem jakimś dziwnym zrządzeniem losu, wysiadasz na lotnisku w Bangkoku, potem przekraczasz w ponad czterdziestostopniowym upale prymitywną granicę z Kambodżą stojąc w bardzo długiej kolejce i nie wiesz gdzie jesteś, ani co tu robisz? Wita cię prawdziwie trzeci świat.


Na granicy z Kambodżą
W jednej chwili ożywa materiał z filmów dokumentalnych w najlepszej jakości „technologii 5D” i wszystko dzieje się obok ciebie na wyciągnięcie dłoni, śmierdzi autentycznym potem, stresem i w okół panuje specyficzna atmosfera.
Na początek
Mijam nie młodą już kobietę, ciągnie ogromny drewniany wóz po brzegi wypełniony workami z cebulą, od tyłu pomagają go jej pchać, całkiem małe dzieci. Mijamy się, ona zaprzężona jak koń ze strumieniami potu na czole i nabrzmiałymi od wysiłku żyłami na twarzy i rękach, mijamy się, na moment nasze spojrzenia napotykają na siebie, patrzymy sobie w oczy, o czym myślimy ?! Ja że jestem w najprawdziwszym piekle w świecie „za karę” o którym nie miałam pojęcia, że istnieje na prawdę.

I niby to nic nowego, bieda i żebrzące dzieci, można takie spotkać wszędzie i u nas tej biedy nie brakuje, ale istnieje podstawowa różnica pomiędzy powszechnością biedy tam i u nas. Nasza bieda nie siedzi na każdym centymetrze ulicy, pola i miasta, a tamtejszej nie sposób ominąć, hotel do którego zmierzasz jest jak „oaza” na pustyni rozpaczy i czujesz się w nim winna, że jesz, śpisz w czystej pościeli, słuchasz muzyki i, że zostawiasz jedzenie na talerzu. Przy okazji przeszywa cię prawdziwy strach i pytanie, czy zawsze będziesz już tu gdzie jesteś w miejscu gdzie podają pełno jedzenia i kelner uśmiecha się do ciebie jak w filmie, czy może, to miejsce zmieni bieg koła Samsary ? A może raz na dole, a raz na górze, a innym razem gdzieś pośrodku ?

Na granicy

Na granicy z Kambożą

Raz na wozie, a raz ...
Największym zaskoczeniem były dla mnie moje własne emocje ( może dusza..), tych, nie mogłabym zgadnąć nawet we śnie. Co innego film, gazeta czy książka, a co innego zaraz obok, tak bezpośrednio, twarzą w twarz z ostrą walką o byt i pouczającym głosem przewodnika, „świata nie zbawisz” . Determinacja, która, aż bolała i bezwzględnie dotykała mnie osobiście. Stojąc w grupie tych dzieci, czułam ich i swoje napięcie – stres jak na wojnie, przed pojedynkiem, a nie przed transakcją „kup za dolara” którego masz w kieszeni i choćbyś wydała ich ze sto to i tak ci na obiad nie zabraknie. Co ciekawe w Kambodży, dzieci które ja spotkałam nie żebrały, a zawsze miały mi coś do zaoferowania, drewnianego ptaszka, piszczałkę, chusteczkę, albo twarz do fotografii. Nie po raz pierwszy poczułam, że strach się bać ślepego losu i jeśli istnieje coś takiego jak „karma”, to nie jest ślepa.
Przez głowę przeleciały mi jakieś kościelne słowa; „Błogosławieni ci którzy się boją Pana” ? A co jeśli za znaczeniem tego tekstu kryje się coś innego niż tylko bóg personalnie, a Bóg jako władająca i panująca nad naszymi losami własna Karma ( Pan) ? Czyli suma naszych złych i dobrych uczynków … Po co komu wymyślać bajki o piekle, ze smołą, kotłem i ogniem, wystarczy pomyśleć o powtórnym przyjściu na świat właśnie tam w gorącej jak piekło Kambodży. Nawet gdyby tak było, to moje myśli pobiegły do mojego dzieciństwa, za dziewczynką która urodziła się w Polsce. Z tamtego punktu widzenia nie miałam absolutnie żadnej skargi do losu o miejsce swojego pochodzenia i w trymiga pojęłam jaka jestem szczęśliwa przychodząc na świat, właśnie w kraju na Wisłą.
Dzieci w Kambodży żeby zarobić tego „one” dolara, starają się na wszystkie sposoby wydobyć je od przejeżdżających turystów, jedne z nich są bardziej sprytne, a nawet przebiegłe, inne bardzo wrażliwe i delikatne jak dziewczynka, od której za kilka tajlandzkich Batów kupiłam chustę.

Wrażliwsza, cichsza chwytająca za serce. O tych oczach nie można zapomnieć.
Była najmłodsza w grupie starszych od niej dziewczynek, nieśmiała, stłamszona, trzymana przez inne dzieci na uboczu. Mówiła cichutko, jakby wątpiła, że ją zobaczę, wyglądała na wystraszoną i było jej wszystko jedno ile i co dostanie za te swoje chusteczki. Wrażliwa mała, może siedmioletnia dziewczynka, mówiła do mnie po cichutku, wyciągając swój ręczny straganik z apaszkami, absolutnie mi się nie narzucając.. Zrobiła na mnie wrażenie, nagle jakbym się ocknęła i przestała widzieć wszystkie inne te bardziej przebojowe tuż obok. Co ja mogłam zrobić dla tej małej kochanej i zagubionej dziewczynki ? Kupić od niej wszystkie szaliczki ? Pogłaskać po głowie, czy adoptować. Tylko to ostatnie coś by zmieniło w jej życiu, ale nie jestem przecież Angeliną Jolie, która po nagraniach któregoś ze swoich filmów w Kambodży tak się wzruszyła losem tych malców, że adoptowała aż dwójkę dzieci.

Nie zapomnę też dzieci wyczekujących na nas pod restauracją dla turystów, odgrodzonej od reszty tego świata kratami z drewna. Z jednej strony my i full jedzenia z drugiej wpatrujące się w nas dzieci poobwieszane czym się da, koralikami, ręcznie wykonanymi zabawkami w oczekiwaniu żeby nas dopaść i wytargować jak najwięcej. To było był najbardziej stresotwórczy posiłek jaki kiedykolwiek jadłam. A kelnerzy, przynosili, przekąski, pierwsze danie, drugie danie i desery i nawet coś jeszcze, że trudno to było w siebie wepchnąć. Całym tym żarciem tylko z jednego obiadu, można byłoby wykarmić całą wioskę, a tym czasem ludzie degustowali, próbowali i zostawiali.

Tak sobie pomyślałam, że choćbym rozdała im wszystko co mam i sama poszła zbierać ryż za ich mamy i taty, ich biedy nie ubędzie, ani trochę.
Prowizoryczna drewniana krata oddzielała te dwa światy, mój i ich, a ja czułam się toksyczne jak cholera wypełniając brzuch przy takiej widowni i za nic nie chciałam znaleźć się po drugiej stronie tej barykady.
W jakiś przedziwny sposób, nie bardzo rozumiejąc czemu? Czułam się winna za ich los.
Pachnące mydełko.
W jednej z wiosek która odwiedziłam w Kambodży dałam dziewczynce pachnące mydełko, dlaczego nie pieniądze ? Ano dlatego, że wyjaśniono nam jeszcze przed wjazdem do wioski , że w rodzinie rodzi się pogarda i lekceważenie dla starszych osób w rodzinie, których nikt nie che fotografować, a ich dzieci zarabiają więcej od taty i mamy przez cały dzień brodzących po pachy w wodzie na polach ryżowych. Dałam więc pewnej dziewczynce mydełko i kilka innych drobiazgów z hotelu, które zabrałam na tę okoliczność, a ta gdy dostała mydełko, nie omieszkała pochwalić się tym co ma reszcie dzieci i młodszemu od niej, chyba braciszkowi. Malec rozpłakał się wniebogłosy i nie chciał nic innego tylko to samo mydełko, które dałam jego siostrzyczce, problem w tym, że ja, już nie miałam drugiego dla niego.

Dziewczynka i jej mydełko

Radość z otrzymanego mydełka

Chłopiec zanosił się więc w swej dziecięcej rozpaczy i nie chciał wziąć nic innego , tylko całym sobą jak to tylko dziecko potrafi, wykrzykiwał swoje nieszczęście. Po chwili podeszła do mnie jego mama i w bliżej niezrozumiałym dla mnie języku, łamiącym się i głosem gestykulując, zaczęła tłumaczyć się za zachowanie dziecka. Mówiła coś i łapała się za głowę przejęta i zawstydzona. Dotarło do mnie jakie życie potrafi być podłe w rezultacie i jakie poniżające. Tuż za tą pełną godności kobietą – matką, stał jej dom, chata-szałas na palach i ona z gromadką dzieci u boku, utyrana życiem „staruszka”, po trzydziestce, a może i po dwudziestce ?. Poczułam jak w serce wbija mi się kolejny cierń.
Kambodża to piekło kobiet, matek, dzieci i starszych ludzi.
Robiłam te zdjęcia, bo tym razem, w takiej roli postawił mnie los, tam gdzie mogłam „płaciłam” sumiennie i z rozsądkiem za pstrykniętą fotografię, a dzieci chętnie pozowały i ja czułam każde z nich swoim „raczym” sercem.. Nie wiem, czy dałabym radę sama przeżyć na tym świecie, gdyby nie głos rozsądku mojego przewodnika; – Czy ty nie rozumiesz,,, że świata nie zbawisz !
- Rozumiem, rozumiem że całego nie zbawię i nie na zawsze, ale na kilka minut też warto zbawiać. Odpowiadałam.
Dzieci w Kambodży robią co mogą, trzylatki klękają przed ludźmi i modlą się do nich na ulicy ( może to i rozsądniejsze niż do głuchej jak pień figury, czy obrazu), okręcają sobie węże dookoła głowy, albo prezentują do zdjęć urwane przez minę nogę, albo rękę.
Moje zdanie na temat stwierdzenia; „Świata nie zbawisz” Nie odwracaj się plecami od tych ludzi i kieruj się intuicją !
Otóż w związku z tymi słowami przypomniała mi się pewna opowieść o rybach które z powodu jakiejś klęski żywiołowej znalazły się pewnego dnia poza wodami jeziora, dusząc się na brzegu w oczekiwaniu na nieuniknioną śmierć. Obok jeziora przechodziło dwoje ludzi, jeden z nich wykonywał zdawałoby się syzyfową pracę, schylał się po ryby i wrzucał je na powrót do wód jeziora. Drugi człowiek bacznie mu się przyglądał i tylko kiwał z politowaniem głową, po czym podszedł do tego tamtego i zapytał; – Czy nie widzisz jaki jesteś głupi i że to bez różnicy, ile byś nie wrzucił, to większość tych ryb i tak zdechnie ?
Na to tamten mu odpowiedział; – Wszystkich to może i nie ocalę, ale tej jednej którą podniosę z brzegu i wrzucę na powrót do jeziora, to nie jest bez różnicy !
Serce podpowie jak postąpić
Zrobiłam finansowy bilans turystycznych „strat” z powodu roztrwonienia po jednym dolarze kupie dzieciaków. Policzyłam więc ile straciłam kupując od kambodżańskiego dziecka niepotrzebnego ptaszka, pudełeczko, czy piszczałkę. Bilans wyszedł mi tak. Jeden dolar, razy sto osób, równa się około trzysta polskich złotych. Tak na prawdę nie podeszła do mnie aż setka dzieci, ale kilkanaścioro. Mam na ten temat takie zdanie. Jeśli cię już stać, aby zajechać aż do Kambodży, stać cię żeby kupić kilka ręcznie zrobionych zabaweczek.
Nie odwracaj się plecami od tych ludzi, świata nie zbawisz i być może nic nie zmienisz, ale to dziecko od którego kupisz chusteczkę, być może lepiej zje, choć tego nigdy się nie dowiesz, musisz zaufać losowi i własnej intuicji.

Turyści w wiosce


Najsmutniejsza jest Samotność pośród ludzi




Życie na jeziorze Tonle Sap

Życie na jeziorze Tonle Sap

Kiedyś, kiedy jeszcze byłam małą dziewczynką bardzo marzyłam o właśnie takim domu na wodzie



Życie na jeziorze Tonle Sap

Dzieci na murach świątyni w Angkor Wat


Poza samochodem

Ależ ten malec był spięty i zdeterminowany, za nim stała krzycząca na niego kobieta, pracował.

Przypływający



Starsze

Przed świątynią Angkor Wat




Dzieci kąpiące się w jeziorze Tonle Sap u ujścia rzeki Mekongu



Dzieci pod murami ruin świątynnych w Kambodży

W wiosce nieopodal jeziora Tonle Sap
Komentarze i odpowiedzi