Archiwum | Podróże Różne RSS feed for this section

Upał z nad rzeki Kwai, wpakowałam do walizki :)

17 lip

Piosenka ci nie da zapomnieć, upal również ;)

Dla potrzeb upalnego tajlandzkiego lata lekko zmieniona wersja ;)

Pamiętasz było lato”

Pamiętam było lato , mały hotelik pokój numer 148

Staruszek portier , stary Tajlandczyk z uśmiechem dawał klucz
na niebie błękit nieba rozświetlał zimne smutki

i zapach kwitnących orchidei i kochany, tylko ty i ja
Pamiętam, jak po kryjomu osuszałeś moje włosy,

spocone i klejące od nagrzanego w słońcem powietrza
I jeszcze nigdy kochany, nie było nam tak dobrze i tak gorąco

Za oknem, chłodna toń rzeki Kwai i słoń z prysznicem z trąby

I tylko jakaś straszna myśl, że to zaraz wszystko się skończy.

Miało to odejść tak zwyczajnie, dnia pewnego i tak nagle,

Samolot czekał i portier zabrał klucz :(

i wtedy zrozumiałam, coś się kończy, coś zaczyna – wyszeptały twoje usta
To pożegnania czas już przekroczyć próg.
Pamiętasz, było lato
pokój numer 148 a w dżungli gorąc i dziki mrok
Już nigdy nie zapomnę hoteliku numer 148
i tego piekarnika, też :)

***
Kochane lato ty wróć do mnie
ja tęsknię za Tobą
i niech rozstania,
Już nie dzielą nas.
Samoloty wstrzymać, zakaz,
niech nigdy już,
nie odlecą
do zlej pogody,ludzi nie przenoszą
Ani mrozu, ani chłodu, ani deszczu, więcej, nie !

Kochany pamiętam, było lato, piękne i gorące,

i pamiętam, że nie zapomnieliśmy spakować upałów do walizki.

Bo za oknami samolotu, dzień się właśnie kończył z mrozem Polski się zaczynał.

A teraz, to niech to wszystko, wróci tam do tej walizki i zabiera się z powrotem, do parnej, gorącej dżungli. Mam dość !

Pora na zwrot w kierunku naszego swojskiego lata - wiosny :)


Zapomniałam spakować do walizki hotelowej klimatyzacji, toż to nasze polskie lata, były jak ta wiosna, albo jesień. Od czasu do czasu, wiatrak na stojaku, zdecydowanie wystarczał …

Rzeka Kwai i Kanchanaburi.

Wspomnienie tajlandzkich upalnych dni i niewiele chłodniejszych nocy

Powyżej kolejowy zakręt śmierci prowadzący do niesamowicie magicznej , wykutej w skale świątyni z posągiem Buddy.

Cisza i samotność we wnętrzu tłumiącej dźwięki skały daje wrażenie pustki absolutnej.



Spływ rzeką w kapokach, bardzo szybki nurt i bardzo ciepła woda, pływających węży i krokodyli chyba w niej nie było ..?

Prawie, prawie na dziko, bo bez prądu z lampą naftową, bez klimatyzacji, z prysznicem wprost z rzeki w zupełnych ciemnościach, dzikie dźwięki z nad rzeki. Miejsce dla turystów takich ja, po 40-ce i bez absolutnego backpackerskiego zdrowia ;) Ale jak dla mnie, Bajka !


Kwai w styczniu br. około 37 stopni w cieniu. W onych domeczkach niestety nie było klimatyzacji, ani też elektryczności, ale za to były słonie, kąpiące się o poranku.

Hotel na rzece Kwai, fantastyczne miejsce, prawdziwa bajka na żywo :)

Noc na rzece. Człowiek ma w sobie taką potrzebę radykalnej odmiany z nowoczesności na powrót do „dzikiego” świata prawie wyłącznie naturalnego, poza lampą rozpalaną na naftę i hamaka.

Piękny po tej nocy, był poranek, żeby nie rzec, że wspaniały, ale gdyby trwał i trwał, to pewnie po jakimś czasie rano, nawet bym nie wyszła z łóżka popatrzeć na kąpiące się w rzece słonie. Miałabym dość chaty bez prądu, internetu i telewizji, spoconego czoła i karku i wielu innych części ciała, i słoni popychający tę tratwę w nocy, i ryczących nad ranem ;)

Człowiecza natura, ubolewam nad tym, bo i moja również, taką zmienną jest, niestety …

Ale tamtego ranka, piękny to był widok :)

Jeszcze kilka wspomnień, za oknem odpowiedni klimat, idealna temperatura i rzeka tyle, że bez słoni, za to z łabędziami , kaczkami, żabami i echem jakiejś letniej muzycznej imprezy.

Płynąć tą łodzią, czysta przyjemność, zero upału, jeno chłodna bryza z rzeki Kwai, widoki, zapierające dech w piersiach. Prawdziwa rozkosz dla ciała i ducha.

Piękne to były wodospady z krystalicznie czyściuchną wodą, doszłam tylko do czwartego poziomu, a było ich siedem. W totalnym gorącu poprzez stare drzewce, wysokie sterczące ponad ziemią korzenie itd. Tor z przeszkodami bezustannie pod górę.

Niewyobrażalna, a dziś wyobrażalna ulga na upalne dni, kąpiel w wodospadzie :)

Ponoć przy siódmym wodospadzie nad tymi błękitnymi wodami roztaczała się piękna różnokolorowa tęcza, niestety pozostaje mi ją sobie wyłącznie wyobrazić, tak czy owak, nie dałabym rady dotrzeć na sam szczyt. I nawet przewodnik który nas prowadził pod górę, coraz wyżej i wyżej, i nie miał ani jednego spoconego włoska na głowie, zero potu, przylepiającej się podkoszulki, sklejających się oczu, spływającego kremu do opalania, gdy w moim kierunku, dał ino znak, pora ci kobito z powrotem na dół ! Nie protestowałam, Ale za to, wykąpałam nogi w tej źródlano-błękitnej wodzie i pozwoliłam rybkom, zrobić sobie pedikiur. Rybeczki około dziesięciocentymetrowej wielkości, rzucały się na każdą zanurzoną w wodzie nogę, a moje, nie powiem, po tej wspinaczce, były bardzo smaczne, uczucie obgryzania, super łaskoczące :)

Ależ to była przyjemność, zanurzyć nóżki w wodzie z tyloma rybami, głodomorami :) pracowały dokładnie, pilnie i perfekcyjnie, każdy paluszek, fragmencik stópki, coś koło paznokietka , mniam, mniam :)

Te schody były jednym z etapów wspinaczki prowadzącej do kolejnych wodospadów, niesamowicie wysokie, praktycznie z perspektywy ich początku, nie było widać ich końca ;)

Motyle, wszędzie warte zatrzymania się, na chwilę

I na koniec przypomniał mi się taki bardzo stary przebój z filmu ” Most na rzece Kwai” , fajnie się tego słucha i ogląda w drodze nad tę właśnie rzekę.

Dawno, dawno temu, gdy ta piosenka była przebojem w radiu, a filmem w kinie, moja mam w kuchni, śpiewała tak; Halo słoneczko świeć, świeć, świeć, Johny wracaj do swej żony, na powitanie dostaniesz wałkiem ….” ( nie dokończę w co..)

I polska wersja dla tych co może pamiętają tą piosenkę, jak ja, z kuchni, z podwórka :)


Na ringu – tajski boks

9 maj

Na ring wyszli wyjątkowo przystojni i dobrze zbudowani Tajowie.

Czego absolutnie nie można powiedzieć o pozostałej reszcie mężczyzn w tym kraju. W zasadzie starszy czy młodszy Tajlandczyk każdy z nich bez różnicy reprezentował sobą jeden i ten sam gatunek – męskiego „nieopierzonego”  nastolatka, małego przygarbionego chudzinki bez zarostu i zawsze w za luźnych spodniach. Oczywiście bywały wyjątki.

Gdy do stolika podchodził kelner zawsze zastawiało mnie,  czy to możliwe,  żeby wszyscy ci faceci  mieli po trzynaście lat ?

Jak dla mnie przeciętny Tajlandczyk to typ kompletnie nie atrakcyjnego mężczyzny w przeciwieństwie do jego tajskiej dziewczyny.

Mała poprawka do tajskiego boksu. Z tajskiego boksu,  pozostało wiele, a nawet, nie tyle pozostało, co nigdy nie zaprzestano w Bangkoku krwawych, brutalnych walk,  które uznawane są za jedne z najokrutniejszych na świecie.  Ale nie tam gdzie pobiegłam ja, z całą grupą niedzielnych turystów do słoniowego cyrku, w którym zaoferowano nam wszystko w „pigułce” .

Sam przylot do Tajlandii był dla mnie nie tylko klimatycznym i kulturowym szokiem który wywołał we mnie totalny chaos, ale i totalną zmianą planów wstępnych. Początkowo jeszcze w kraju obiecałam sobie wyłącznie odpoczynek nad basenem, albo na plaży. A tymczasem jak spuszczona z łańcucha, wyrwałam się na poszukiwanie przygód, wlekąc za sobą całą rodzinę, przez połowę Azji, na Kambodży kończąc a  przy tym nadal  jeszcze czując niedosyt.

Ten słoniowy cyrk to była pierwsza wycieczka w nieznane na tak zwane rozruszanie kości. Więc  skąd ja u licha miałam wiedzieć że żeby zobaczyć w Tajlandii dobry boks (Muay Thai) powinnam się wybrać do Bangkoku? Oczywiście to żart i nawet gdyby mi dopłacali nie pojechałabym go oglądać, ale warto o tym wspomnieć, że w Bangkoku są conajmniej dwa oficjalne stadiony na których o duże pieniądze toczone są prawdziwie krwawe walki, prawdziwego boksu tajskiego.

Muay Thai to boks, tajska odmiana męskiego obijania się po wszystkich częściach ciała, bez wyznaczonych granic i bez przestrzegania reguł (wszystkie chwyty dozwolone)

Cała reszta wygłada jak na zdjęciach poniżej, dwóch zawodników, jeden w niebieskich spodenkach a drugi w czerwonych i walka, niejednokrotnie w tym prawdziwym, nie inscenizowanym bosie kończy się poważnym okaleczeniem, połamaniem nóg, rąk albo żeber itd.

Tyle poprawką.

A dla moich oczu było tak:

Dziś  z tego prawdziwego tajskiego boksu pozostało nie wiele  poza  czysto wizualnymi wrażeniami przygotowanymi specjalnie pod show dla turystów z perfekcyjnie wytrenowaną techniką akrobatycznej symulacji prawdziwej walki, rzuty na matę, gniecenie, wyrzucanie poza ring – prawie Matriks :)

Warto było popatrzeć, choćby dla rozrywki i tejże egzotyki wymieszanej z prezentacjami słoni i tańcem pięknych tajskich tancerek w przerwie pomiędzy podziwianiem przepięknego parku w pobliżu Pattaya z egzotyczną roślinnością tropikalnych ogrodów Nong Nooch.

A prywatnie uważam każdy boks za kontrolowany sposób na wyładowanie męskiej agresji,  zwierzęcy obyczaj wiele mówiący o wyższości jednej płci nad drugą i jej wątpliwą racją co do tego kto jest bardziej ludzki:  „Patrz to ja jestem człowiekiem, a nie ty babo”.

Przyglądamy się tym wszystkim tańcom i walkom nawet nie zdajemy sobie sprawy, że zarówno walka jak i taniec są elementami zalotów i odwiecznej  gry natury w uwodzenie.

Człowiek w przeciwieństwie do zwierzęcia zaleca się w ten sposób do wielu różnych ludzi a nie do konkretnej kobiety czy mężczyzny i bynajmniej nie z potrzebą przedłużenia gatunku, co bardziej poprawienia mu warunków bytowania.

Kolorowa Tajlandia, bajeczna Tajlandia

6 maj

I ZNÓW SŁOŃ ;) ?

I ZNÓW SŁOŃ !!! TAK JE KOCHAM ŻE MOGŁABYM TAK WSTAWIĆ JE BEZ KOŃCA.

A co na to dobrzy ludzie, co tak licznie przybyli na to widowisko  ?

Oj Bardzo rożnie

Co nie którzy byli wyraźnie poirytowani, w przeciwieństwie do bardzo opanowanych Tajów :)

Zobaczcie, o mały włos ..., A omal mu się nogi nie splątały.

Zobaczcie, o mały włos ..., A omal mu się nogi nie splątały.

Zobaczcie ba miny tych panów …

Ta pani aż się popłakała, że słoń się przedźwiga :(

Pan treser ze szczególną uwagą patrzy czy słoń nie pomylił pupy z bananem.

W Tajlandii panuje taki zwyczaj i że kawaler do panny przybywa na czerwono ubranym słoniu :)

A potem jest  ślub

Ten zdecydowanie woli banany od bycia gwiazdorem

W tym przypadku słonie i ich wyczyny są Bez Szans !

Wszędzie w okół kręciły się jadowite czerwone pajączki ( mrówki?)

Ta pani przestrzegała nas przed czerwonym robactwem, a i tak mnie coś bardzo mocno ugryzło i to bardzo czerwonego.

A papugi objadając się kukurydzą oniemiały na widok malującego słonia

Ależ to była frajda napatrzeć się do woli, naprzyglądać ludziom i zwierzakom.

Przez moment nawet przyszło mi do głowy że ludzie na widowni i ich reakcje są o wiele ciekawsze niż zmagające się z siłą grawitacji słonie chodzące na dwóch tylnych nogach.

Baśniowa Tajlandia, taka była piękna egzotyczna czasem niepokojąca i cudowna.

Świat jak z bajki, przynajmniej dla turysty, świat zdumiewający i tak odmienny od dobrze nam znanego w Europie, że człowiek ma wrażenie iż przeniósł się na inną planetę. Tamtejszy świat jest tak urozmaicony i niezwykły a jednocześnie tak ludzki jak mało gdzie.

Cudowne jedzenie, nigdzie nie jadłam tak pysznego rosołu z kalmarów ! I pewnie już nie zjem …

Co najbardziej podobało mi się w Azji ? W zasadzie nie miałam czasu żeby się zastanowić, po pierwszej wizycie w tym miejscu w zasadzie wszystko, oprócz zmuszania słoni żeby chodziły na dwóch nogach, wszechobecnego ulicznego smrodku, bardzo dziwacznych potraw, prostytucji i ludzi trzymający na uwięzi „jakieś” zwierzątka  albo ptaszki w drewnianych klateczkach maleńkich , że ledwie się ten ptaszek nie udusił  w oczekiwaniu na dolara za którego można było nie tylko zwrócić owemu zwierzątku wolność co jeszcze zyskać dobrą karmę, no  i jeszcze ta straszna duchota i prawie non stop zachmurzone niebo.

Podobną zmorą co duszność, był tam wszechobecny bardzo pozorny bałagan. Żeby w Pattaya w sobotni wieczór przejść na drugą stronę ulicy, odstawałam przy krawężniku około 15 minut, albo i więcej.

Kogo to obchodziło że chciałam przejść? Absolutnie nikogo. Stałam tak zniecierpliwiona, ja po jednej stronie ulicy a mąż po drugiej próbując mnie skłonić do wejścia na ulicę.  Próbowałam wpakować się na silę jak w Warszawie, ale to była porażka i tylko moje ryzyko – nikt absolutnie nigdy się nie zatrzymał widząc moją determinację, a co najwyżej przejechał po nogach. Natomiast co ciekawe przez cały ten czas nie dostrzegłam też pogotowia ratunkowego policji i wypadku. Niesamowite.

No właśnie ten pierdolnik i syf uliczny był pozorny, bardzo pozorny ( zupełnie na odwrót jak u nas) bo gdy się troszkę tam zadomowiłam z przerażeniem spostrzegłam,  że to ja jestem nerwowa, rozbałaganiona i cały czas pobudzona do działania – spięta jak agrafka, nieprzytomna, a Tajlandczycy pod tym pozornym zamieszaniem ukrywają wręcz niesamowity jakiś wewnętrzny spokój i kompletny brak nerwowości oraz mimiki twarzy. Przez cały swój pobyt przebywając w bardzo różnych miejscach nie spotkałam nikogo kto by się irytował, gdzieś spieszył albo z kimś kłócił, co jest nie do pomyślenia nawet w moim bardzo spokojnym mieście.

Nigdy nie zgadłabym jak szybko po drodze napotkam grupkę buddyjskich mnichów.

Ledwie wysiadłam z samolotu w drodze do hotelu na małym przystaneczku na siusiu, poszłam nie gdzie indziej jak do męskiej toalety.

Co prawda mnisia grupa próbowała na migi i BARDZO SPOKOJNIE  odwieść mnie od zamiaru wchodzenia dalej, żeby ostatecznie kompletnie mnie zignorować.

Tak więc grupę pomarańczowych mnichów spotkałam zaraz po przylocie w drodze do w męskiej toalety i  pomyśleć, że zawsze gdy rozważałam możliwość takiego spotkania, przez myśl by mi nie przeszło, że będzie to spotkanie w męskiej toalecie.

W marzeniach i duchowych oczekiwaniach,  była to pachnąca kadzidłami świątynia  gdzieś na szczytach niedostępnych gór i  jaskiń,  albo ocieniona drzewami magiczna dolina – a tu masz babo publiczny wychodek. Powyżej na zdjęciu to oczywiście nie są mnisi z mojej „przygody” ( nie śmiałabym takim młodym mnichom robić zdjęć przed toaletą … nie, nie),  a przed wejściem do jednej ze świątyń w Bangkoku ;)

Powiem tylko, że byłam tak nieprzytomna i  ani trochę nie czułam się rozczarowana, a ta toaleta tylko nazywała się TOALETĄ i zdecydowanie nie pachniała kadzidłami ;) ,  A już do niej  trafić  było dla mnie wyższą szkołą jazdy, zdecydowanie nie po kilkunastu godzinach w samolocie i z -25 w Polsce  na + 35 tam.

Czułam się jakbym mnie wysadzili na Marsie.

Przyznam szczerze. Ten ich spokój i brak emocjonalnych reakcji trochę mnie irytował,  a zwłaszcza w ostatni dzień w który jakieś złe licho kazało mi położyć prawą rękę akurat tam gdzie siedział sobie jakiś dziwny czerwony i co normalne egzotyczny niezidentyfikowany pajączek, około centymetrowej średnicy. Tak mi się przypiął do ręki na poziomie kciuka i tak mocno mnie  ugryzł, iż myślałam, że z bólu oszaleję ( na szczęście co odkryłam dopiero w domu nie był jadowity i nie śmiertelny).

Wpadłam w prawdziwy obłęd i panikę,  ratowałam się o wiele lepiej niżbym kiedykolwiek przypuszczała, że potrafię. Na początek omal nie odgryzłam sobie kawałka ciała wysysając to co wpuścił mi do środka obrzydliwy czerwony robal, potem zawiązałam ugryzioną dłoń,  na poziomie przegubu, następnie włożyłam rękę do lodówki hotelowego zamrażalnika , a potem pobiegłam na miasto szukać pomocy.

To nic, że było aż 40-45 stopni w słońcu i że po drodze śmierdziały grzały przydrożne grille.- i kopciły samochody.  Nikt w żadnej aptece  ani zielarni w ogóle się mną nie przejął , a spotykałam się wyłącznie z wyrozumiałym spokojem i jakąś tam oferowaną maścią na ugryzienia oraz  tabletkami hydroxizinum na uspokojenie i wręcz nienaturalnym kamiennym spokojem buddy na twarzy ( bez uśmiechu, co mnie niepokoiło).

Pomyślałam, że to chyba nie są ludzie,  tacy jak ja czy Ty. Nic dziwnego, że uważa się Chińczyków za potomków kosmitów i najstarszą rasę ludzi na świecie ( nie wiem tego na pewno) , a Tajowie zdecydowanie przywędrowali z południowych Chin i pochodzą właśnie od Chińczyków.

Ich oczy przemawiały w zrozumiałym dla mnie,  duchowym dialekcie i brzmiały jak szyderstwo losu;

- No cóż moja droga, jeśli taka twoja karma, to umrzesz, ale nie przejmuj się, przecież umrze tylko twoje ciało nie Ty !

Nie będę ukrywać, Tajlandia zrobiła na mnie ogromne i niepowtarzalne wrażenie,  będę tęsknić za tymi klimatami, zupą z kalmarów, tym całym ich bałaganem i miastem ożywającym nocą, domkami duchów i pomnikami Brahmy i Buddy i już do końca swoich dni będę o niej marzyć,  chyba, że uda mi się jeszcze raz złamać wszystkie swoje  strachy i samolotowe lęki i  odłożyć trochę kasy, nie na czarną godzinę jak się zwykło robić i najrozsądniej, tylko oszaleję raz jeszcze i  polecę bez wahania, aż na koniec świata. Ale kto wie co zrobię ? Świat jest zdecydowanie za duży żeby go obrobić na szybko w jedno życie.  Czy nie pora mi teraz wybrać się do Indii, do których tak mocno i przekonywująco zachęcają mnie słowa  Tiziano Terzaniego z książki  o pięknym tytule;  „Nic nie zdarza się przypadkiem” ( kocham tego faceta i jego dzielnego i mądrego ducha) i dodam, że tak trochę dzięki niemu odważyłam się polecieć aż do Azji, zdecydowanie pod wpływem jego duchowej sugestii.